sobota, 29 sierpnia 2015

Łyski, kaczki i kokoszka

 Cześć! :-)

  Mam ogromne szczęście mieszkając w pobliżu ogromnego parku. Kiedy tylko najdzie mnie ochota na spacer, owocujący mnóstwem zdjęć, robię dosłownie 2 kroki i już jestem :-) Park Kasprowicza jest naprawdę ogromny, można tu spotkać wiele zwierząt. A że łączy się z lasem, również tych leśnych.
Często koncentruję się jednak na ptakach. Jest tu sztuczny zbiornik wodny, w którym bytuje kilka gatunków. Najczęściej spotkać tu można kaczki, jednak ostatnio udało mi się zobaczyć też łyski i kokoszkę :-) Popatrzcie tylko na te doskonałe stworzenia.
















Wystarczy poczekać na promienie słońca i przy fontannie pojawi się przepiękna tęcza


W parku można zjeść takie oto kolorowe cuda


Kładka na Rusałce







Spragniona kaczka



Często tam zachodzę, tak więc równie często będę Was męczyć zdjęciami z parku :-)
Życzę Wam pogodnej soboty i do zobaczenia wkrótce
croak :-*




czwartek, 27 sierpnia 2015

Luna i dinozaury

Cześć :-)

  Dziś chciałabym Wam przedstawić kogoś bardzo dla mnie ważnego. Mianowicie mojego kota :-) W zasadzie kotkę, bo to dziewczynka. Ma na imię Luna i jest niemal całym moim światem. Luna pojawiła się w moim życiu w przedziwnych okolicznościach. Serio, nadal nie umiem tego wytłumaczyć...więc może opowiem. Chodzi o to, że Luna nie jest moim pierwszym kotem. Tym pierwszym, który skradł mi serce był niejaki jegomość Lelek. Opiekowałam się nim od małego. Przeżył ze mną 8 wspaniałych lat. Kiedy trafił pod moje skrzydła, mieszkałam jeszcze z rodzicami. To był wyjątkowy kot. Nie taki, który chodzi własnymi ścieżkami i ma nas w zadku. Lelek był niezwykle mądry i kochany. Wystarczyło do niego szepnąć i odpowiadał miauczeniem. Zupełnie jakby mówił. Miał też silny charakter. Wychował się z psem Pako, którego zupełnie sobie podporządkował. Po śmierci Pako przyszedł drugi kot - Sylwek, potem kolejny pies - Demon. Lelek niezmiennie dominował nad wszystkimi. Niestety, był chorowity. Po jakimś czasie nauczyłam się jak radzić sobie z jego chorobą farmakologicznie, bez konieczności wizyty u weterynarza. Lelek bowiem źle znosił wychodzenie z domu, a stres potęgował chorobę...
Dla mnie nadszedł czas usamodzielnienia się, wyprowadzki. Niestety Lelek nie mógł pójść ze mną. Nie dlatego, że nie chciałam. Dlatego, że zmiana miejsca zamieszkania, jakakolwiek zmiana w jego życiu powodowałaby kolejne stresy. Ponoć koty bardzo przyzwyczajają się do miejsca, nie można było ryzykować. Poza tym został w domu, w którym wszyscy go kochali. Nie wyprowadziłam się na koniec świata, często odwiedzałam dom rodzinny. Mama kontrolowała chorobę Lelka i w razie konieczności interweniowałam z całym pakietem medykamentów. Do czasu...
Ostatni atak choroby był utajony. Jakiekolwiek objawy stały się widoczne, kiedy było już naprawdę źle i kot wymagał operacji. Nie przeżył, zasnął na zawsze. Do tej pory pamiętam, jak zostawiałam go na stole operacyjnym. Przecież już spał, narkoza już działała. Kiedy wychodziłam zawołał mnie. Odwróciłam się, patrzył na mnie. Jakby mówił "proszę, nie zostawiaj mnie". Wyszłam zapłakana. Wróciłam po niego po kilku godzinach. Okazało się że jego stan był tak zły, że to cud że jeszcze żyje. Lekarz operował grubo po godzinach, kot nie mógł zostać w lecznicy, musiał wybudzić się w domu. 14 maja 2011 roku, dokładnie o godzinie 20:30 wydał ostatnie tchnienie. To był koniec. Płakałam, płakała moja mama, płakał mój tata, nawet brat przybiegł z pracy i płakał... To była prawdziwa żałoba. Odszedł nasz ukochany członek rodziny...
Kilka dni po tym tragicznym wydarzeniu, stało się coś niesamowitego. Razem z KN wynajmowaliśmy małe mieszkanie w spokojnej okolicy. Nigdy nie widzieliśmy tam błąkających się zwierząt, bezdomnych kotów czy psów. Dlatego przeogromne było nasze zdziwienie, kiedy tuż przed klatką schodową zaczepiła nas sąsiadka. "Przepraszam, czy nie uciekł wam kotek"? "Wolne żarty" pomyślałam. "Czy nie widać, że jestem w żałobie"? Serio, wyglądałam jak kartofel, popuchnięta od kilkudniowego płaczu. KN spokojnie odparł "My nie mamy kota". Na co pani uparcie drąży temat, że w piwnicy siedzi kot i myśleli, że nasz. Poszliśmy tam, kota nie zastaliśmy.
Kiedy już wdrapaliśmy się na swoje piętro, zamarłam. Na wycieraczce pod naszymi drzwiami siedział kot. Nie taki zwykły kot... to była prawie że kopia Lelka! Siedział tam i czekał. Z bezsilności usiadłam na schodach. Sprawczyni całego zamieszania od razu wpakowała mi się na kolana jak do siebie i...zasnęła. Co innego mogliśmy zrobić? Nawet KN, który nie wierzy w nic czego nie da się poprzeć naukowo, logicznie wytłumaczyć, powiedział "Dlaczego tutaj, dlaczego teraz, dlaczego akurat taki..."
Od tamtej pory Luna jest prawdziwą księżniczką w naszym domu. Jest może troszkę zadziorna i złośliwa (baba w końcu...) jednak tak samo mądra i rozmowna jak mój Lelek.
Czyżby dowód na to, że koty mają 9 żyć?




Z innej beczki: Niedawno przeniosłam się do niezwykłego świata, pełnego zieleni i absolutnie pięknych zwierząt - Jurassic World. Troszkę obawiałam się tego filmu. Głównie tego, że stracę czas na kolejny kaszaniasty twór, który nawet efektami nie zdoła mnie porwać. Jak bardzo się myliłam :-)
I tak mi się przypomniało, że w Międzyzdrojach też można dinozaura zobaczyć :-)




A ten tutaj należy już do mojej prywatnej kolekcji :-)



Do zobaczenia wkrótce :-)
croak :-*

sobota, 22 sierpnia 2015

Witam!

Witam wszystkich :-)
  To mój pierwszy blog, pierwszy post więc nie bardzo wiem jak zacząć... Może po prostu zacznę od małego wyznania. Kocham morze. W poprzednim życiu musiałam być rybakiem...albo piratem...albo mewą... Nie wiem dlaczego tak mnie tam ciągnie, mimo że na polskich plażach w gąszczu parawanów nie widać już wody, mimo że nawet nie potrafię pływać i mogłabym się utopić w łyżce wody... Dlaczego szum fal jest tak kojący, że zapominam wtedy o wszystkich problemach, o pracy... A musicie wiedzieć, że moja praca daleko odbiega od moich marzeń. Baaardzo daleko. Ale nie o tym teraz. Całkiem niedawno (bo raptem na ostatnią gwiazdkę) dostałam najdoskonalszy prezent od mojego kochanego narzeczonego. Umówmy się, że w skrócie będę go nazywać KN. KN bardzo przykłada się do tego aby prezent był trafiony. I za każdym razem mu się to udaje, jednak kiedy dał mi aparat fotograficzny, zwariowałam. Już wcześniej robienie zdjęć sprawiało mi ogromną przyjemność. Kiedyś sobie (dziś tego nie rozumiem :-P), teraz wszystkiemu co przyciągnie moją uwagę. Moja pasja rozwijała się wraz z rozwojem technologicznym przenośnych aparatów do kłapania dziobem. Tak, zdecydowanie smartfony wielu ludziom dały możliwość robienia zdjęć w każdej chwili. Wcześniej nie każdy biegał przecież z aparatem fotograficznym w kieszeni, no w każdym razie nie ja. Kiedy zdjęcia robione telefonem przestały wyglądać jak losowe czworoboczne plamy odkryłam, że to jest to. Aparat spod choinki sprawił, że niemal codziennie odkrywam to na nowo. Wycieczki nad morze to jedna z doskonałych okazji aby wyciągnąć go z torby. Zaznaczę od razu, że nie jestem profesjonalnym fotografem. Tak naprawdę nie znam się (jeszcze) na tym od strony technicznej. Wszystko robię na wyczucie. Mimo braku skili z przyjemnością patrzę na efekty swojej pracy. Cóż, pewnie jak już nauczę się to robić jak należy zmieni się moje podejście do tych zdjęć, ale to chyba naturalne. Póki co jestem z nich na tyle zadowolona, że z przyjemnością je Wam pokażę :-)






Mam nadzieję, że Wam też się spodobają :-)
Postaram się regularnie tu pisać, więc do zobaczenia już wkrótce
croak :-*