poniedziałek, 4 lipca 2016

Demon za Tęczowym Mostem :-(

Cześć!

   Nie tak miał wyglądać ten tydzień. W ogóle to wszystko nie tak miało być... Wczoraj wydarzyła się w mojej rodzinie tragedia i zmieniła ona wszystkie moje plany na najbliższy czas. Odszedł Demon, ukochany pies moich rodziców, najukochańszy pupil mojego ojca :-( Zdaję sobie sprawę z tego, że będę tego posta pisać godzinami i nie dam rady powstrzymać rzeki łez. Od wczoraj, odkąd się dowiedziałam, ciężko mi je powstrzymywać. Płakałam niemal cały dzień i w efekcie wstałam dzisiaj z powiekami przypominającymi baloniki. Wszystko mnie już szczypie i boli, a jednak nadal nie przestają mi się cisnąć łzy do oczu. Czuję się jakbym miała piasek pod powiekami, jakbym musiała płakać, jakbym za nic na świecie nie mogła tego powstrzymać. W gardle mam charakterystyczną gulę, jem jakieś symboliczne posiłki bo w ogóle nie mam ochoty nic jeść. To jakiś niekończący się smutek i żal do świata, że jest skonstruowany w taki sposób, że musimy się żegnać, że czasem nawet nie zdążymy...


Zdjęcie powyżej jest najnowszym zdjęciem jakie mu zrobiłam, zaledwie w piątek. Dlatego tak ciężko mi w to wszystko uwierzyć. Jeszcze w piątek Demon był pełen życia, bawił się ze mną i ochoczo biegał za piłką i wszystkimi swoimi zabawkami w ogródku. Tak bardzo cieszył się z tego, że wreszcie mamy lato i może pojechać na działkę z rodzicami...
Uwielbiał spędzać czas na działce. Pilnował rodziców w każdy ciepły weekend, żeby przypadkiem nie zapomnieli o nim idąc do samochodu. Ekscytowała go nawet sama jazda samochodem, bo doskonale wiedział dokąd jedzie. Nie wiem, czy to bardziej smutne, czy raczej pocieszające, że odszedł z tego świata właśnie w miejscu, które tak bardzo kochał :-(
I tym sposobem, miał być dzisiaj projekt 366, a mamy post upamiętniający Demona. Podejrzewam, że będzie to najdłuższy post w historii tego bloga, a patrząc na ilość zdjęć, jakie mam na dziś przygotowane jestem tego nawet pewna.



Demon był u moich rodziców od małego. Pamiętam, jak był jeszcze tą małą, sfilcowaną kulką wełny, całkiem głośną i zabiegającą o uwagę za wszelką cenę. W zasadzie wszystkie te cechy, oprócz bycia kulką, zostały mu do samego końca. Demon mimo sędziwego wieku, nigdy nie przestał być głośny, nigdy nie przestał też zabiegać o uwagę każdego w pobliżu. Zazdrosny był w szczególności, kiedy ktoś zainteresował się bardziej kotem, niż nim.






Był psiakiem nad wyraz pogodnym. Nigdy nie przestawał machać ogonem, a jego pyszczek wyglądał niemal zawsze jak uśmiechnięty. Taki urodzony optymista, pomimo swoich problemów zdrowotnych i wad "rasy", na zasadzie - nie mam kompleksów, mamie się podobam :-)


apsik!

Nie bardzo znam się na psiakach rasowych i tych całych wystawowych wytycznych, natomiast od samego weterynarza wiem, że Demon miał nieprawidłowy zgryz (fakt, dość widoczne diastemy) i ogon nie przystający wilczurowi... Chodzi o to, że zamiast leżeć na zadzie, sterczał jak śwince, zakręcony jeszcze w najlepsze. Ale czy w domu ktoś zwracał uwagę na jego "mało rasowy" wygląd? Wszyscy kochaliśmy go takiego, jakim był.





Demon wyrósł na pięknego, mądrego, zadziornego psa. Nie był ani trochę agresywny, jedynie głośny. Szczekał, mruczał, piszczał, wydawał z siebie całą gamę przedziwnych dźwięków, bardzo często bo należał do typów nadwrażliwych, nawet kiedy się koło niego przeszło podnosił już lament, że na pewno został właśnie podeptany. Do jego głośnego sposobu bycia wszyscy przyzwyczailiśmy się już na początku, Demon cierpiał bowiem od szczeniaka na atopowe zapalenie skóry. Drapał się bez końca i nie jeden raz był w niektórych miejscach wręcz pozbawiony sierści od tego ciągłego tarcia i czochrania. Jedyne, co łagodziło ten stan to leki sterydowe. Był na nie skazany niemal od początku do końca...


gryzu gryz
Nie było żadnego problemu z ciągłym podawaniem mu leków. Demon zjadał wszystko, co tylko podeszło mu pod nos. Najbardziej na świecie uwielbiał surowe jabłka i marchewki...


Jego wygląd znacznie zmienił się kilka lat temu, kiedy rodzice pojechali w odwiedziny na koniec Polski, a Demon został (na zdaje się tydzień) pod opieką ciotki w swoim ukochanym ogródku. Po powrocie okazało się, że coś musiało pogryźć go w uszy. Były mocno zapuchnięte, wypełnione płynem. Za późno było na ściąganie go strzykawką, pozostała operacja, po której uszy musiałyby być naciągnięte na specjalną ramkę, aby nie ulec sfastrygowaniu. Nie zdecydowaliśmy się na tak poważne działanie, życie Demona nie było w niebezpieczeństwie, a sam stan uszu rzutował jedynie na jego wygląd. Dla nas i tak był najpiękniejszy na świecie i nie warto było ryzykować narkozą dla samych walorów estetycznych. Uszy oklapły, ale Demon nadal był przecież naszym najprzystojniejszym czworonogiem.






Demon najbardziej na świecie kochał zabawki. Nigdy nie brakowało mu energii aby cieszyć się z najzwyklejszej piłeczki. W ogrodzie miał zawsze pełen trawnik zabawek, piłek, gumowych kurczaków. Bawiliśmy się razem, biegając po trawie za toczącymi się piłkami, a Demon próbował imponować wszystkim umiejętnością noszenia w zębach kilku zabawek na raz.




Wraz z upływem czasu i ilością sterydów, ze smukłego wilczka Demon stał się prawdziwym niedźwiedziem. Zmężniał, przytył, spoważniał na twarzy. Sprawiał wrażenie smutnego, ale zapewniam Was, że nigdy taki nie był. Optymizmu każdy na tym świecie mógł mu pozazdrościć.
Dzięki temu był najlepszym pocieszaczem :-) Kiedy było mi smutno, wyglądało to jak : "hej, nie smuć się, życie jest przecież takie piękne i wesołe, masz piłeczkę".





W ostatnim czasie były już zauważalne pierwsze oznaki starzenia się. Demonowi dokuczały bóle stawów po nadmiernym wysiłku, pogorszył mu się słuch, miał wrażliwy układ pokarmowy. Zaczął być prawdziwym dziadkiem-niedźwiedziem-Demonem. Jednak nikt nie spodziewał się, że to już teraz, że to już za chwilę miała wybić jego ostatnia godzina, że opuści nas tak bez ostrzeżenia. 





I jestem pewna, że nie tak miało być. Nie wierzę, nie mogę w to uwierzyć. Demon nie dawał żadnych znaków, że coś jest nie tak, że jego czas się kończy, że musimy się pożegnać. Nic nie wskazywało na to, że zaraz wydarzy się ta tragedia! Jedna z niewielu rzeczy, w jakie wierzę na tym świecie, to okrucieństwo i głupota ludzi. Nie piszę tego teraz w złości, tak po prostu jest. Ludzie są największymi potworami jakich znam, a Demon niestety nie podobał się niektórym bywalcom ogródków działkowych, mimo że był za ogrodzeniem, mimo że nie skrzywdziłby nawet złodzieja kradnącego mu miseczkę z chrupkami, mimo że interesowały go jedynie jego piłeczki i gumowe kurczaki, mimo że ostatnimi czasy nawet nie chciało mu się podchodzić do ogrodzenia, mimo że...milion jeszcze rzeczy. Wystarczyło, że był głośny. Szczekał, jak to psy mają w zwyczaju chyba...




I dobrze mnie rozumiecie. Coś w głębi duszy podpowiada mi, że jakiś potwór w ludzkiej skórze pomógł mojemu pieskowi odejść z tego świata. Dlaczego? Chociażby dlatego, że jeszcze w piątek, w sobotę pies zachowywał się normalnie! Nagle, w nocy z soboty na niedzielę zaczął gwałtownie wymiotować, popiskiwać, kopać doły (!), by ostatecznie umrzeć leżąc obok rodziców w altanie. Wybaczcie wyrażenie (w zasadzie to mój blog, więc będę przeklinała jeśli muszę), ale jeśli moje podejrzenia są słuszne... jakim podłym skurwysynem trzeba być, żeby zrobić coś tak okrutnego????!!!! Kto odważył się zrobić taką krzywdę mojemu pieskowi?! Kto zgotował mu tak bolesną i okrutną śmierć w ostatnich latach jego szczęśliwego życia??!!! Czy to tylko moja wyobraźnia?! Czy tak wygląda śmierć naturalna? Taka ze starości? Czy przychodzi nagle jakby nigdy nic i zabiera cię w męczarniach? Czy może nie wydaje mi się i mój Demonek dostał od jakiegoś skurwiela "prezent" przerzucony przez płot?!!!




Tego już nigdy się nie dowiem i muszę z tym żyć. Muszę uwierzyć w to, że Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy i jeśli ktoś miał odwagę skrzywdzić istotę, którą tak kochałam, życie jeszcze się na nim zemści. Że będzie cierpiał tysiąc razy bardziej niż ja w tej chwili, niż Demon 1,5 doby temu, niż moja mama, czy mój tata, który wpadł w rozpacz i płacze tak, jak chyba żaden mężczyzna na tej ziemi nie potrafi. 




Napisałam to wczoraj na Facebooku, pozwolę sobie napisać to samo tutaj:

Słoneczny, lipcowy poranek, a jednak taki inny, taki że odechciewa się żyć. Dzisiaj śmierć przyszła po ciebie piesku, a jeszcze 2 dni temu biegaliśmy za piłką. Wiem, że tam gdzie teraz jesteś nic już nie boli, że jest Ci dobrze, ale nie potrafię... jeszcze nie wierzę. Może dotrze to do mnie za kilka dni, za kilka koszmarnych snów, jeszcze nie teraz. To nie powinno się stać dzisiaj. To nie powinno się stać kiedykolwiek, a już na pewno nie tak nagle, bez ostrzeżenia. Przeżyłeś z nami wiele cudownych lat staruszku. Sędziwy, głuchawy, a wciąż jak dzieciak. Pewnego dnia znów się spotkamy, do tej chwili biegaj sobie za Tęczowym Mostem razem z Lelkiem, Pako i resztą naszej czworonożnej rodziny.
Mam nieodpartą potrzebę napisania Mu tych paru słów, jakbym czuła, że będzie o tym wiedział. Nie Wam, a Jemu. To mój pomnik dla Ciebie Demonku, śpij spokojnie a ja obiecuję nigdy nie zapomnieć!

Tyle rzeczy chciałabym mu jeszcze powiedzieć, tak bardzo chciałabym go przytulić, powiedzieć mu, że wszystko będzie dobrze, że świat jest taki właśnie, jakim go widział całe życie, nie tak okrutny jak okazał się być.






3 lipca 2016 roku Demon, w wieku 11 lat zasnął już na zawsze. Wybaczcie, ale nie sprawdzę dziś błędów w tekście, nie sprawdzę, czy wrzuciłam tu wszystkie zdjęcia jakie planowałam wrzucić, nie sprawdzę, czy te które wrzuciłam nie powtarzają się. Nic już nie widzę, łzy zalały już wszystko. Z ledwością piszę te ostatnie zdania, więc pozwolę sobie już zakończyć na dziś piosenką Yes - "Sad night at the airfield".


I want to be the one
Who always gives you shelter
Finds you waitin'
Keep you warm
I want to be the one
Who's always there beside you
But we both must
Face the dawn...
Alone...
   Do zobaczenia...
croak :-(

Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza